O azjatyckich kremach BB nasłuchałam się wiele. Głównie były to jednak dobre rzeczy. O kosmetyku od Misshy, o którym będę dzisiaj pisać, czytałam szczególnie pozytywne opinie. Bazując na nich, zamówiłam go przed wyjazdem na wakacje. Bez żadnych próbek, opierając się tylko na swatchach znalezionych w grafice Google i opiniach na Wizażu. Po prostu założyłam, że się spisze i będzie mi dobrze służyć.

Produkt kupiłam na stronie internetowej polskiego dystrybutora Missha. Mimo wszystko nie poszłam tak całkiem na żywioł, bo zamówiłam mniejsze opakowanie - 20ml. Zapłaciłam za nie 28,70zł. Większa wersja tego produktu,o pojemności 50ml kosztuje 59,90zł. Odcień, który wybrałam dla siebie to nr 27 noszący nazwę Honey Beige. Jest to ciepły brąz, który dość ładnie wygląda na oliwkowej skórze. Krem w tym kolorze jest dość ciemny, przeznaczony do śniadych i bardziej opalonych karnacji.

Krem nadkładam palcami, ponieważ wtedy moim zdaniem najlepiej wygląda na skórze. Można go oczywiście aplikować pędzlem lub wilgotną gąbeczką. Należy jednak pamiętać, żeby go nie rozsmarowywać, a delikatnie wklepywać - makijaż wtedy lepiej stapia się ze skórą i jest trwalszy. Krem cudownie wygładza twarz i daje ładne, świetliste wykończenie. Skóra nim pokryta wygląda zdrowo. Dodatkowo, jeśli dobrze dopasujemy odcień i nie przesadzimy z ilością kosmetyku, wygląda bardzo naturalnie. Krycie kremu można stopniować do średniego - nie przykryjemy nim całkowicie większych zmian trądzikowych czy przebarwień. Jego zaletą jest to, że te dodatkowe warstwy się nie rolują, nie tworzą łat, a ładnie się na siebie nakładają i blendują. Podczas wyjazdu używałam właściwie tylko tego produktu. Ładnie wyrównuje koloryt cery. Jego dużą zaletą jest też to, że posiada wysoki filtr SPF42. Gdybym miała pakować kosmetyczkę kolejny raz, zrezygnowałabym całkiem z korektora i wzięłabym tylko ten kosmetyk.

Na zdjęciach (nie były retuszowane) możecie zobaczyć jak wygląda moja twarz bez makijażu oraz z jedną warstwą kremu BB. Nakładałam go na krem do twarzy. Nie używałam pudru. Moja cera nie jest w najgorszym stanie, ale można zauważyć, gdzie mam jakieś tam niedoskonałości; jedna, cienka warstwa produktu nie przykrywa ich w 100%, ale sprawia, że nie rzucają się tak bardzo w oczy.

Niestety jestem posiadaczką cery tłustej, ale ten krem nie dał mi tego tak bardzo odczuć. Jeśli wasza skóra się nie przetłuszcza, to myślę, że możecie całkowicie zrezygnować z utrwalania makijażu pudrem. Mnie trochę było szkoda niszczyć i zmatowić efekt, który daje ten krem. Nadal, produkt utrzymywał się u mnie około 8 godzin bez poprawek i bez tego, więc uważam to za bardzo dobry wynik. Kremu używam także teraz, codziennie, przynajmniej dopóki nie zejdzie mi wakacyjna opalenizna. W warunkach biurowych również sprawdza się świetnie. Do pokrycia twarzy wystarczy niewielka ilość kremu, ok. ziarenka grochu.

Wadą tego produktu może być to, że wymaga mocnego demakijażu. Często wchodzi mocno w pory i ciężko go domyć, dlatego najlepiej sięgnąć tu po czarne mydło lub olej. Mimo to jest naprawdę bardzo dobry i rozumiem, dlaczego został okrzyknięty Kosmetykiem Wszech Czasów. Na pewno kupię kolejne opakowanie. Następnym razem będzie to raczej jaśniejszy odcień, który będzie mi pasować, kiedy moja opalenizna zamieni się tą od monitora.

Lubicie azjatyckie kosmetyki? Używałyście kremu BB Missha? Możecie polecić jakieś inne produkty tego typu?

BB Missha - Perfect Cover BB Cream NO.27. Jak się u mnie sprawdził? Krycie, trwałość, odcień.

O azjatyckich kremach BB nasłuchałam się wiele. Głównie były to jednak dobre rzeczy. O kosmetyku od Misshy, o którym będę dzisiaj pisać, czytałam szczególnie pozytywne opinie. Bazując na nich, zamówiłam go przed wyjazdem na wakacje. Bez żadnych próbek, opierając się tylko na swatchach znalezionych w grafice Google i opiniach na Wizażu. Po prostu założyłam, że się spisze i będzie mi dobrze służyć.

Produkt kupiłam na stronie internetowej polskiego dystrybutora Missha. Mimo wszystko nie poszłam tak całkiem na żywioł, bo zamówiłam mniejsze opakowanie - 20ml. Zapłaciłam za nie 28,70zł. Większa wersja tego produktu,o pojemności 50ml kosztuje 59,90zł. Odcień, który wybrałam dla siebie to nr 27 noszący nazwę Honey Beige. Jest to ciepły brąz, który dość ładnie wygląda na oliwkowej skórze. Krem w tym kolorze jest dość ciemny, przeznaczony do śniadych i bardziej opalonych karnacji.

Krem nadkładam palcami, ponieważ wtedy moim zdaniem najlepiej wygląda na skórze. Można go oczywiście aplikować pędzlem lub wilgotną gąbeczką. Należy jednak pamiętać, żeby go nie rozsmarowywać, a delikatnie wklepywać - makijaż wtedy lepiej stapia się ze skórą i jest trwalszy. Krem cudownie wygładza twarz i daje ładne, świetliste wykończenie. Skóra nim pokryta wygląda zdrowo. Dodatkowo, jeśli dobrze dopasujemy odcień i nie przesadzimy z ilością kosmetyku, wygląda bardzo naturalnie. Krycie kremu można stopniować do średniego - nie przykryjemy nim całkowicie większych zmian trądzikowych czy przebarwień. Jego zaletą jest to, że te dodatkowe warstwy się nie rolują, nie tworzą łat, a ładnie się na siebie nakładają i blendują. Podczas wyjazdu używałam właściwie tylko tego produktu. Ładnie wyrównuje koloryt cery. Jego dużą zaletą jest też to, że posiada wysoki filtr SPF42. Gdybym miała pakować kosmetyczkę kolejny raz, zrezygnowałabym całkiem z korektora i wzięłabym tylko ten kosmetyk.

Na zdjęciach (nie były retuszowane) możecie zobaczyć jak wygląda moja twarz bez makijażu oraz z jedną warstwą kremu BB. Nakładałam go na krem do twarzy. Nie używałam pudru. Moja cera nie jest w najgorszym stanie, ale można zauważyć, gdzie mam jakieś tam niedoskonałości; jedna, cienka warstwa produktu nie przykrywa ich w 100%, ale sprawia, że nie rzucają się tak bardzo w oczy.

Niestety jestem posiadaczką cery tłustej, ale ten krem nie dał mi tego tak bardzo odczuć. Jeśli wasza skóra się nie przetłuszcza, to myślę, że możecie całkowicie zrezygnować z utrwalania makijażu pudrem. Mnie trochę było szkoda niszczyć i zmatowić efekt, który daje ten krem. Nadal, produkt utrzymywał się u mnie około 8 godzin bez poprawek i bez tego, więc uważam to za bardzo dobry wynik. Kremu używam także teraz, codziennie, przynajmniej dopóki nie zejdzie mi wakacyjna opalenizna. W warunkach biurowych również sprawdza się świetnie. Do pokrycia twarzy wystarczy niewielka ilość kremu, ok. ziarenka grochu.

Wadą tego produktu może być to, że wymaga mocnego demakijażu. Często wchodzi mocno w pory i ciężko go domyć, dlatego najlepiej sięgnąć tu po czarne mydło lub olej. Mimo to jest naprawdę bardzo dobry i rozumiem, dlaczego został okrzyknięty Kosmetykiem Wszech Czasów. Na pewno kupię kolejne opakowanie. Następnym razem będzie to raczej jaśniejszy odcień, który będzie mi pasować, kiedy moja opalenizna zamieni się tą od monitora.

Lubicie azjatyckie kosmetyki? Używałyście kremu BB Missha? Możecie polecić jakieś inne produkty tego typu?

Przez Internet czasem przetaczają się fale postów, zdjęć i inspiracji związanych ze świeżymi trendami. Nieważne, czy to nowe sposoby makijażu, zdobienia paznokci, czy pielęgnacji, zawsze jest wiele dziewczyn chętnych do spróbowania czegoś nowego. W końcu i mnie udało się załapać na udział w czymś fajnym. Mowa o spiralnym eyelinerze, który podbił serca dziewczyn na całym świecie, w tym i moje!

Nie jestem do końca pewna, kto jest pomysłodawcą tego typu eyelinera, ale obstawiam, że to glowawaymeg, którą można znaleźć na Twitterze i Instagramie. O co w ogóle chodzi? To proste - do zwykłej kreski, którą nosimy na co dzień (no, może trochę dłuższej), dodajemy drugą. Musi ona być odpowiednio narysowana, w taki sposób, żeby sprawiać wrażenie zakręconej sprężynki. Może być przedłużeniem akcentu na dolnej powiece, wtapiać się w makijaż lub przyciągać do siebie całą uwagę. Ja postawiłam na tę pierwszą wersję, ale jej delikatną odsłonę. Jesteście ciekawe, jak to u mnie wygląda?

Do wykonania tego makijażu użyłam cieni z paletek Makeup Revolution - Stripped & Bare i Sleek - Au Naturel. Powiekę od łuku brwiowego do załapania pokrywam kremowym, matowym cieniem (Layers z MUR). Na ruchomą powiekę nałożyłam matowy, brązowy cień (Get Loose z MUR nieco przyciemniłam Barkiem ze Sleek). Cienie w załamaniu powieki roztarłam używając ciepłego brązu (Stripped All Day z MUR). Następnie narysowałam dłuuugą i cienką kreskę. Do tego celu wybrałam zielony, matowy eyeliner od Lovely. Dalej kolejno dodawałam części spiralki, zaczynając od rzęs w zewnętrznym kąciku oka, używając pięknego linera Oriflame Very Me w odcieniu Copper. Jeśli boicie się, że nie wystarczy wam miejsca na powiece, możecie narysować trzy kreski na eyelinerze i później dodawać "zakręty". Na końcu dodajemy ogonek naszej spirali. Dolną powiekę podkreśliłam tym samym linerem, którego użyłam do namalowania sprężynki. Roztarłam go delikatnie używając brązowego cienia, który nakładałam na ruchomą powiekę (Get Loose z MUR). Na koniec lekko podkreśliłam górną linię wodną czarną kredką, wytuszowałam rzęsy i dokleiłam kępki sztucznych. Gotowe!

Koncept jest bardzo prosty, a do wykonania tego makijażu nie potrzeba też zbyt wielu produktów ani pędzli. Wystarczy sięgnąć po eyeliner i malować! Nie zapomnijcie tylko najpierw uzbroić się w cierpliwość. I mimo wszystko, zabawa zabawą, ale to najlepsza szkoła obsługi eyelinera jaką można sobie wymyślić. Tak że co? Pędzelki w dłoń?

Jak wam się podoba ten trend? Próbowałyście już wykonywać taki makijaż?

Spiralna kreska. Tutorial krok po kroku. | Helix eyeliner. A step by step tutorial.

Przez Internet czasem przetaczają się fale postów, zdjęć i inspiracji związanych ze świeżymi trendami. Nieważne, czy to nowe sposoby makijażu, zdobienia paznokci, czy pielęgnacji, zawsze jest wiele dziewczyn chętnych do spróbowania czegoś nowego. W końcu i mnie udało się załapać na udział w czymś fajnym. Mowa o spiralnym eyelinerze, który podbił serca dziewczyn na całym świecie, w tym i moje!

Nie jestem do końca pewna, kto jest pomysłodawcą tego typu eyelinera, ale obstawiam, że to glowawaymeg, którą można znaleźć na Twitterze i Instagramie. O co w ogóle chodzi? To proste - do zwykłej kreski, którą nosimy na co dzień (no, może trochę dłuższej), dodajemy drugą. Musi ona być odpowiednio narysowana, w taki sposób, żeby sprawiać wrażenie zakręconej sprężynki. Może być przedłużeniem akcentu na dolnej powiece, wtapiać się w makijaż lub przyciągać do siebie całą uwagę. Ja postawiłam na tę pierwszą wersję, ale jej delikatną odsłonę. Jesteście ciekawe, jak to u mnie wygląda?

Do wykonania tego makijażu użyłam cieni z paletek Makeup Revolution - Stripped & Bare i Sleek - Au Naturel. Powiekę od łuku brwiowego do załapania pokrywam kremowym, matowym cieniem (Layers z MUR). Na ruchomą powiekę nałożyłam matowy, brązowy cień (Get Loose z MUR nieco przyciemniłam Barkiem ze Sleek). Cienie w załamaniu powieki roztarłam używając ciepłego brązu (Stripped All Day z MUR). Następnie narysowałam dłuuugą i cienką kreskę. Do tego celu wybrałam zielony, matowy eyeliner od Lovely. Dalej kolejno dodawałam części spiralki, zaczynając od rzęs w zewnętrznym kąciku oka, używając pięknego linera Oriflame Very Me w odcieniu Copper. Jeśli boicie się, że nie wystarczy wam miejsca na powiece, możecie narysować trzy kreski na eyelinerze i później dodawać "zakręty". Na końcu dodajemy ogonek naszej spirali. Dolną powiekę podkreśliłam tym samym linerem, którego użyłam do namalowania sprężynki. Roztarłam go delikatnie używając brązowego cienia, który nakładałam na ruchomą powiekę (Get Loose z MUR). Na koniec lekko podkreśliłam górną linię wodną czarną kredką, wytuszowałam rzęsy i dokleiłam kępki sztucznych. Gotowe!

Koncept jest bardzo prosty, a do wykonania tego makijażu nie potrzeba też zbyt wielu produktów ani pędzli. Wystarczy sięgnąć po eyeliner i malować! Nie zapomnijcie tylko najpierw uzbroić się w cierpliwość. I mimo wszystko, zabawa zabawą, ale to najlepsza szkoła obsługi eyelinera jaką można sobie wymyślić. Tak że co? Pędzelki w dłoń?

Jak wam się podoba ten trend? Próbowałyście już wykonywać taki makijaż?

W czasie wakacji wszystkie kolorowe szminki omijałam szerokim łukiem. O ile czasem, wieczorem zdarzyło mi się użyć jakiejś lekkiej pomadki lub tintu, to z matu na ustach zrezygnowałam całkowicie. Teraz, kiedy nadchodzi jesień, wyciągam z szuflady moje trzy ulubione matowe pomadki. Dzisiaj pokazuję Wam właśnie je - trzy szminki w pięknych, dość standardowych kolorach - numery 02, 12 i 20 od Golden Rose.

Matowe pomadki w płynie zyskały taką popularność, że niemal wszystkie inne produkty do ust usunęły się w cień. Niestety, taki specyficzny efekt całkowitego matu, jaki dają te produkty, nie do końca każdemu pasuje. Ponieważ wydaje mi się, że jestem jedną z tych osób, pozostaję na razie wierna sprawdzonym szminkom i eksperymenty z nowymi formułami ciągle odkładam na później. Póki co najbardziej lubię tradycyjne pomadki, ale już nie te błyszczące, ze shimmerem czy brokatem, których jeszcze nie tak dawno było wszędzie pełno. Velvet Matte Lipstick od Golden Rose dają ładne wykończenie, chociaż nie powiedziałabym, że jest ono w stu procentach matowe. Nie zauważyłam, żeby jakoś znacząco wysuszały usta, nawet przy codziennym stosowaniu, ale przynajmniej dwa razy dziennie używam balsamu, co może mieć na to wpływ. Pomadki są bardzo miękkie i kremowe, dobrze się rozprowadzają, a kolor równo rozkłada się na wargach, nie smużąc. Schodzą z ust równomiernie i nie sprawiają problemu przy poprawkach. No i świetnie wyglądają!

Kolory, które mam są nieco przybrudzone - takie odcienie zazwyczaj dobrze wyglądają na skórze o oliwkowych tonach. I tak - 02 to jasny, brudny róż, który najlepiej się prezentował, kiedy nie miałam ani grama opalenizny. Drugi, 12, to nieco intensywniejszy róż z niewielką domieszką pomarańczu. Ostatni, 20, to ciepła czerwień, zbliżona odcieniem do wina. Pomadki można kupić na stronie Golden Rose, w wielu internetowych drogeriach i stacjonarnie. Cena jednej to ok. 10zł. Jak dla mnie taka cena za tę jakość to bardzo dobry deal.

Lubicie matowe pomadki? Sięgacie po produkty do ust w płynie, czy tradycyjne szminki? Używałyście Golden Rose Velvet Matte Lipstick? Który kolor najbardziej wam się podoba?

Golden Rose Velvet Matte Lipstick - matowe pomadki do ust. Numery 02, 12 i 20.

W czasie wakacji wszystkie kolorowe szminki omijałam szerokim łukiem. O ile czasem, wieczorem zdarzyło mi się użyć jakiejś lekkiej pomadki lub tintu, to z matu na ustach zrezygnowałam całkowicie. Teraz, kiedy nadchodzi jesień, wyciągam z szuflady moje trzy ulubione matowe pomadki. Dzisiaj pokazuję Wam właśnie je - trzy szminki w pięknych, dość standardowych kolorach - numery 02, 12 i 20 od Golden Rose.

Matowe pomadki w płynie zyskały taką popularność, że niemal wszystkie inne produkty do ust usunęły się w cień. Niestety, taki specyficzny efekt całkowitego matu, jaki dają te produkty, nie do końca każdemu pasuje. Ponieważ wydaje mi się, że jestem jedną z tych osób, pozostaję na razie wierna sprawdzonym szminkom i eksperymenty z nowymi formułami ciągle odkładam na później. Póki co najbardziej lubię tradycyjne pomadki, ale już nie te błyszczące, ze shimmerem czy brokatem, których jeszcze nie tak dawno było wszędzie pełno. Velvet Matte Lipstick od Golden Rose dają ładne wykończenie, chociaż nie powiedziałabym, że jest ono w stu procentach matowe. Nie zauważyłam, żeby jakoś znacząco wysuszały usta, nawet przy codziennym stosowaniu, ale przynajmniej dwa razy dziennie używam balsamu, co może mieć na to wpływ. Pomadki są bardzo miękkie i kremowe, dobrze się rozprowadzają, a kolor równo rozkłada się na wargach, nie smużąc. Schodzą z ust równomiernie i nie sprawiają problemu przy poprawkach. No i świetnie wyglądają!

Kolory, które mam są nieco przybrudzone - takie odcienie zazwyczaj dobrze wyglądają na skórze o oliwkowych tonach. I tak - 02 to jasny, brudny róż, który najlepiej się prezentował, kiedy nie miałam ani grama opalenizny. Drugi, 12, to nieco intensywniejszy róż z niewielką domieszką pomarańczu. Ostatni, 20, to ciepła czerwień, zbliżona odcieniem do wina. Pomadki można kupić na stronie Golden Rose, w wielu internetowych drogeriach i stacjonarnie. Cena jednej to ok. 10zł. Jak dla mnie taka cena za tę jakość to bardzo dobry deal.

Lubicie matowe pomadki? Sięgacie po produkty do ust w płynie, czy tradycyjne szminki? Używałyście Golden Rose Velvet Matte Lipstick? Który kolor najbardziej wam się podoba?

Tak sobie pomyślałam, że zbliżająca się nowa pora roku to dobra okazja do obdarowania kogoś małym prezentem. W końcu powrót do szkoły, dla niektórych na studia, albo po prostu zwyczajne, jesienne smutki to wystarczający powód do małego odświeżenia kosmetyczki. A zresztą, nie potrzebuję wymówki! Zapraszam na rozdanie - na nową właścicielkę czekają kosmetyki Makeup Revolution, Manhattan, Rimmel, NYC i Golden Rose.

Zasady rozdania są proste - wystarczy śledzić bloga przez MINIMUM JEDNO z trzech podanych mediów (Blogger [KLIK] / Facebook [KLIK] / Instagram [KLIK]) i wypełnić formularz znajdujący się na końcu tego posta. Każde kolejne zapewnia jeden dodatkowy los w losowaniu. Maksymalnie można otrzymać 3 losy. Można się zgłaszać do rozdania do 24.10.2016r. do godziny 20:00. Decyduje data przesłania formularza. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu 25.10.2016r. o godzinie 18:00. Zwycięzca zostanie wyłoniony na drodze losowania. Aby wziąć udział w rozdaniu musisz mieć ukończone 18 lat, albo posiadać zgodę rodzica lub opiekuna. Nagrodę wysyłam wyłącznie na teren Polski.

Coś więcej o nagrodach? W skład zestawu wchodzi 7 kosmetyków - paleta cieni do powiek Makeup Revolution Iconic 2, kredka do oczu Rimmel w kolorze pure white, brązowy eyeliner w pisaku NYC, pogrubiający, czarny tusz do rzęs Golden Rose. Do tego róż do policzków Makeup Revolution w odcieniu HOT oraz dwie pomadki Manhattan w cudownych kolorach - 25F i 40G. Wszystkie nagrody są nowe, nieużywane i z długim terminem ważności.

Zapraszam Was do udziału w rozdaniu i życzę powodzenia!

ROZDANIE - jesienne odświeżenie kosmetyczki. Do wygrania kosmetyki Makeup Revolution, Manhattan i inne!

Tak sobie pomyślałam, że zbliżająca się nowa pora roku to dobra okazja do obdarowania kogoś małym prezentem. W końcu powrót do szkoły, dla niektórych na studia, albo po prostu zwyczajne, jesienne smutki to wystarczający powód do małego odświeżenia kosmetyczki. A zresztą, nie potrzebuję wymówki! Zapraszam na rozdanie - na nową właścicielkę czekają kosmetyki Makeup Revolution, Manhattan, Rimmel, NYC i Golden Rose.

Zasady rozdania są proste - wystarczy śledzić bloga przez MINIMUM JEDNO z trzech podanych mediów (Blogger [KLIK] / Facebook [KLIK] / Instagram [KLIK]) i wypełnić formularz znajdujący się na końcu tego posta. Każde kolejne zapewnia jeden dodatkowy los w losowaniu. Maksymalnie można otrzymać 3 losy. Można się zgłaszać do rozdania do 24.10.2016r. do godziny 20:00. Decyduje data przesłania formularza. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu 25.10.2016r. o godzinie 18:00. Zwycięzca zostanie wyłoniony na drodze losowania. Aby wziąć udział w rozdaniu musisz mieć ukończone 18 lat, albo posiadać zgodę rodzica lub opiekuna. Nagrodę wysyłam wyłącznie na teren Polski.

Coś więcej o nagrodach? W skład zestawu wchodzi 7 kosmetyków - paleta cieni do powiek Makeup Revolution Iconic 2, kredka do oczu Rimmel w kolorze pure white, brązowy eyeliner w pisaku NYC, pogrubiający, czarny tusz do rzęs Golden Rose. Do tego róż do policzków Makeup Revolution w odcieniu HOT oraz dwie pomadki Manhattan w cudownych kolorach - 25F i 40G. Wszystkie nagrody są nowe, nieużywane i z długim terminem ważności.

Zapraszam Was do udziału w rozdaniu i życzę powodzenia!

Abstrakcyjne zdobienia, które nie mają przedstawiać niczego konkretnego należą do moich ulubionych. Dzięki nim można sprawiać wrażenie osoby znającej się na zdobieniu paznokci i posiadającej zdolności manualne, nawet jeśli nie do końca tak jest. W tym wypadku nie można powiedzieć, że linie są za grube, lub krzywe i nierówne - przecież tak ma być! Największą zaletą takich manicure jest jednak to, że najczęściej wyglądają fantastycznie, niczym małe dzieło sztuki. A to wszystko dzieło przypadku!

Abstract nail art, that's not supposed to look like anything in particular, is definitely my favourite. Even if you lack manual skills, nobody could tell! What would they say, anyway - that the lines are too thick? Or that the shapes are irregular and uneven? That's the point! The best thing about those manicures though is that they often look like a work of art. A work of art created by accident!

Wykonanie tego zdobienia jest bardzo proste. Jedyne, czego będziemy potrzebować, to kilka lakierów do paznokci i słomka do napojów. Przy tym manicure użyłam płynnego lateksu, którym osłoniłam obszar dookoła paznokcia. Można z tego kroku zrezygnować, ale trzeba się liczyć z tym, ze będziemy mieć dużo więcej zabawy ze zmywaczem. Jako bazy użyłam dwóch warstw białego lakieru od Wibo. Następnie przygotowałam trzy, około trzycentymetrowe kawałki słomki. Kiedy moja baza nieco podeschła, wylałam na kartkę, która była moim obszarem roboczym, odrobinę lakieru z każdej z trzech wybranych przeze mnie buteleczek. Zieleń to nr 177 od Delii, seria Coral, róż to nr 33 tego samego producenta, a żółty to B.O., którego już kiedyś wam pokazywałam [KLIK]. Słomki maczałam w lakierach tak, aby tworzyły cienką błonkę na ich końcach. Następnie, szybko i gwałtownie dmuchając w słomkę przenosiłam kolory na paznokcie. Tutaj trzeba uważać, bo bardzo łatwo o bałagan i zachlapane... wszystko. Na zakończenie oderwałam lateks, a skórki przetarłam płaskim pędzelkiem zanurzonym w zmywaczu do paznokci. Całość wykończyłam top coatem Sally Hansen InstaDri. Gotowe! Efekt końcowy bardzo mi się podoba, a manicure przykuwa uwagę i łapie spojrzenia na ulicy.

How to get it done? It's really easy! The only things that we're really going to need are a couple of nail polishes and a straw. I also used liquid latex to cover my cuticles and some parts of my fingers. That's not really neccessary, but it helps when you don't really want to play with acetone that much. As a base, I used two layers of white nail polish from Wibo. Then, I prepared three pieces of straw, each about 3cm long. When my base dried a little, I poured out on a piece of paper a tiny amount of each nailpolish I picked. I dipped straws in polishes so that they would leave membranes on their ends. Then, I blew in each straw and transferred the polish onto my nails. This part can get really messy, so be careful! I pulled off dried latex, cleaned my cuticles with a flat brush dipped in acetone and finished my manicure with Sally Hansen's InstaDri. Done!

Jak wam się podoba takie zdobienie? Próbowałyście wykonywać splatter nails na swoich paznokciach? Jakie inne zestawienia kolorów pasowałyby wam do tego manicure?

What do you think about these nails? Have you ever tried doing splatter nails yourselves? elves? What other colours you think would be good for it?

Paznokcie pryśnięte farbą. Zielono - różowo - żółte zdobienie. | Colorful splatter nails

Abstrakcyjne zdobienia, które nie mają przedstawiać niczego konkretnego należą do moich ulubionych. Dzięki nim można sprawiać wrażenie osoby znającej się na zdobieniu paznokci i posiadającej zdolności manualne, nawet jeśli nie do końca tak jest. W tym wypadku nie można powiedzieć, że linie są za grube, lub krzywe i nierówne - przecież tak ma być! Największą zaletą takich manicure jest jednak to, że najczęściej wyglądają fantastycznie, niczym małe dzieło sztuki. A to wszystko dzieło przypadku!

Abstract nail art, that's not supposed to look like anything in particular, is definitely my favourite. Even if you lack manual skills, nobody could tell! What would they say, anyway - that the lines are too thick? Or that the shapes are irregular and uneven? That's the point! The best thing about those manicures though is that they often look like a work of art. A work of art created by accident!

Wykonanie tego zdobienia jest bardzo proste. Jedyne, czego będziemy potrzebować, to kilka lakierów do paznokci i słomka do napojów. Przy tym manicure użyłam płynnego lateksu, którym osłoniłam obszar dookoła paznokcia. Można z tego kroku zrezygnować, ale trzeba się liczyć z tym, ze będziemy mieć dużo więcej zabawy ze zmywaczem. Jako bazy użyłam dwóch warstw białego lakieru od Wibo. Następnie przygotowałam trzy, około trzycentymetrowe kawałki słomki. Kiedy moja baza nieco podeschła, wylałam na kartkę, która była moim obszarem roboczym, odrobinę lakieru z każdej z trzech wybranych przeze mnie buteleczek. Zieleń to nr 177 od Delii, seria Coral, róż to nr 33 tego samego producenta, a żółty to B.O., którego już kiedyś wam pokazywałam [KLIK]. Słomki maczałam w lakierach tak, aby tworzyły cienką błonkę na ich końcach. Następnie, szybko i gwałtownie dmuchając w słomkę przenosiłam kolory na paznokcie. Tutaj trzeba uważać, bo bardzo łatwo o bałagan i zachlapane... wszystko. Na zakończenie oderwałam lateks, a skórki przetarłam płaskim pędzelkiem zanurzonym w zmywaczu do paznokci. Całość wykończyłam top coatem Sally Hansen InstaDri. Gotowe! Efekt końcowy bardzo mi się podoba, a manicure przykuwa uwagę i łapie spojrzenia na ulicy.

How to get it done? It's really easy! The only things that we're really going to need are a couple of nail polishes and a straw. I also used liquid latex to cover my cuticles and some parts of my fingers. That's not really neccessary, but it helps when you don't really want to play with acetone that much. As a base, I used two layers of white nail polish from Wibo. Then, I prepared three pieces of straw, each about 3cm long. When my base dried a little, I poured out on a piece of paper a tiny amount of each nailpolish I picked. I dipped straws in polishes so that they would leave membranes on their ends. Then, I blew in each straw and transferred the polish onto my nails. This part can get really messy, so be careful! I pulled off dried latex, cleaned my cuticles with a flat brush dipped in acetone and finished my manicure with Sally Hansen's InstaDri. Done!

Jak wam się podoba takie zdobienie? Próbowałyście wykonywać splatter nails na swoich paznokciach? Jakie inne zestawienia kolorów pasowałyby wam do tego manicure?

What do you think about these nails? Have you ever tried doing splatter nails yourselves? elves? What other colours you think would be good for it?

Czekolada? Zawsze i wszędzie! Nie stronię od niej także jeśli chodzi o kosmetyki. Gdy do wyboru mam kilka wariantów zapachowych, a jeden z nich ma cokolwiek wspólnego z kakao, to oczywiste jest, po który z nich sięgnę. Czekoladowe produkty zawsze trochę poprawiają mi nastrój. Dzisiaj chcę wam pokazać 6 kosmetyków, nie tylko o cudownym zapachu, ale i takim działaniu.

Krem do ciała Isana, z masłem shea i kakao

Jeśli szukacie nieco cięższego, intensywnie nawilżającego produktu do ciała, to ten może wam przypaść do gustu. Jest gęsty, wydajny oraz ma piękny zapach kakaowych ciasteczek. Ja używam go na noc ze względu na to, że jest to typowe masło, zostawiające na skórze delikatnie lepką, mokrą warstwę. Można używać go również do włosów - sprawdza się świetnie jako dodatek do olejowania lub jego zamiennik. Jego cena to ok. 9 zł za opakowanie o pojemności 500 ml.

Vaseline - balsam do ciała w spray'u

Na co dzień, rano, pod ubranie, lub gdy nie mam czasu wolę sięgać po coś lekkiego, nieklejącego się i nieco delikatniejszego niż tłuste masło do ciała. Moimi ulubionymi kosmetykami tego typu są balsamy w spray'u od Vaseline. Ten konkretny, zawierający masło kakaowe, ma działanie nawilżające i rozświetlające. Skóra po jego użyciu jest miękka, gładka i wygląda zdrowo. Balsam jest lekki, szybko się wchłania i pozwala na bardzo szybką aplikację. Zapach jest delikatny, nienachalny, uprzyjemniający aplikację, ale nieutrzymujący się na skórze. Opakowanie o pojemności 500 ml kosztuje ok. 27 zł.

Żel pod prysznic Palmolive Gourmet - Chocolate Passion

Nowość, która niedawno pojawiła się w sklepach, to mocno czekoladowy, kremowy żel od Palmolive. Ma przepiękny, mocny zapach, który kojarzy się z jakimś deserem... może musem czekoladowym? Bardzo gęsty, kremowy, tworzy mnóstwo fantastycznej, zbitej piany. Od razu da się zauważyć, że jest bardzo wydajny. Cena - ok. 15 zł za 400 ml. Aktualnie w Rossmannie można go kupić na promocji, za ok. 9zł.

Kremowe mydło pod prysznic Ziaja z serii masło kakaowe

Kremowy żel pod prysznic, zachwycający nie tylko zapachem, ale i stosunkiem ceny (ok. 6 zł za 500 ml) do jakości. Nie wysusza skóry i dobrze się pieni. Jest to mój Kosmetyk Wszech Czasów i chociaż testuję wiele innych produktów, to zawsze do niego wracam. Jeśli jesteście posiadaczkami cery suchej lub normalnej, to warto też zwrócić uwagę na krem do twarzy z tej samej serii. Swego czasu lubiłam go używać latem, ponieważ przy dłuższym stosowaniu nieco przyciemniał cerę i dawał ładny wygląd muśniętej słońcem skóry.

Wazelinowy balsam do ust "Czekolada" od Laura Conti

Mały, okrągły słoiczek, w którym zamknięte jest 6g słodko pachnącego balsamu. Pachnie dość słabo, jak wedlowskie ptasie mleczko. Zawiera domieszkę masła kakaowego, które pomaga zmiękczyć i wygładzić usta. Ładnie wygląda na ustach, nadaje im delikatnego, błyszczykowego blasku, nie klei się. Proste rozwiązanie, znane od lat i tanie - właśnie wazelina sprawdza się u mnie najlepiej. Rzadko sięgam już po bardziej wymyślne balsamy i pomadki nawilżające. Nie jestem jednak pewna, czy sprawdziłby się przy bardzo wysuszonych ustach lub podczas ostrej zimy. Na teraz - jak najbardziej. Pojemniczek kosztuje ok. 5zł.

Woda perfumowana Love Potion - Oriflame

To dość nietypowy wybór, ale w tej wodzie da się wyczuć mocną słodycz i błąkającą się gdzieś z tyłu woń czekolady. To właśnie ona, na równi z nietypowym opakowaniem, skusiła mnie do zakupu tego produktu. Poza czekoladą, głównymi nutami zapachowymi tej wody są imbir i biała lilia. Love Potion nie jest dla każdego i raczej nie nadaje się do noszenia na co dzień. Zapach jest bardzo zmysłowy, ciepły i pasuje raczej na wieczorne wyjście lub... do sypialni (jak sama nazwa wskazuje). Butelka o pojemności 50 ml kosztuje w cenie regularnej 119,90 zł. Można jednak zaczekać na promocję lub zamówić ją taniej np. z allegro.

Używałyście któregoś produktu z mojej listy? Jeśli tak, to jak się u was sprawdził? Lubicie takie słodkie zapachy kosmetyków? Jakie są wasze ulubione czekoladowe i kakaowe kosmetyki?

6 najlepszych kosmetyków dla czekoladoholików. Godne polecenia produkty o zapachu czekolady lub kakao. | 6 great cosmetics for chocoholics. Recommendable chocolate and cocoa scented beauty products.

Czekolada? Zawsze i wszędzie! Nie stronię od niej także jeśli chodzi o kosmetyki. Gdy do wyboru mam kilka wariantów zapachowych, a jeden z nich ma cokolwiek wspólnego z kakao, to oczywiste jest, po który z nich sięgnę. Czekoladowe produkty zawsze trochę poprawiają mi nastrój. Dzisiaj chcę wam pokazać 6 kosmetyków, nie tylko o cudownym zapachu, ale i takim działaniu.

Krem do ciała Isana, z masłem shea i kakao

Jeśli szukacie nieco cięższego, intensywnie nawilżającego produktu do ciała, to ten może wam przypaść do gustu. Jest gęsty, wydajny oraz ma piękny zapach kakaowych ciasteczek. Ja używam go na noc ze względu na to, że jest to typowe masło, zostawiające na skórze delikatnie lepką, mokrą warstwę. Można używać go również do włosów - sprawdza się świetnie jako dodatek do olejowania lub jego zamiennik. Jego cena to ok. 9 zł za opakowanie o pojemności 500 ml.

Vaseline - balsam do ciała w spray'u

Na co dzień, rano, pod ubranie, lub gdy nie mam czasu wolę sięgać po coś lekkiego, nieklejącego się i nieco delikatniejszego niż tłuste masło do ciała. Moimi ulubionymi kosmetykami tego typu są balsamy w spray'u od Vaseline. Ten konkretny, zawierający masło kakaowe, ma działanie nawilżające i rozświetlające. Skóra po jego użyciu jest miękka, gładka i wygląda zdrowo. Balsam jest lekki, szybko się wchłania i pozwala na bardzo szybką aplikację. Zapach jest delikatny, nienachalny, uprzyjemniający aplikację, ale nieutrzymujący się na skórze. Opakowanie o pojemności 500 ml kosztuje ok. 27 zł.

Żel pod prysznic Palmolive Gourmet - Chocolate Passion

Nowość, która niedawno pojawiła się w sklepach, to mocno czekoladowy, kremowy żel od Palmolive. Ma przepiękny, mocny zapach, który kojarzy się z jakimś deserem... może musem czekoladowym? Bardzo gęsty, kremowy, tworzy mnóstwo fantastycznej, zbitej piany. Od razu da się zauważyć, że jest bardzo wydajny. Cena - ok. 15 zł za 400 ml. Aktualnie w Rossmannie można go kupić na promocji, za ok. 9zł.

Kremowe mydło pod prysznic Ziaja z serii masło kakaowe

Kremowy żel pod prysznic, zachwycający nie tylko zapachem, ale i stosunkiem ceny (ok. 6 zł za 500 ml) do jakości. Nie wysusza skóry i dobrze się pieni. Jest to mój Kosmetyk Wszech Czasów i chociaż testuję wiele innych produktów, to zawsze do niego wracam. Jeśli jesteście posiadaczkami cery suchej lub normalnej, to warto też zwrócić uwagę na krem do twarzy z tej samej serii. Swego czasu lubiłam go używać latem, ponieważ przy dłuższym stosowaniu nieco przyciemniał cerę i dawał ładny wygląd muśniętej słońcem skóry.

Wazelinowy balsam do ust "Czekolada" od Laura Conti

Mały, okrągły słoiczek, w którym zamknięte jest 6g słodko pachnącego balsamu. Pachnie dość słabo, jak wedlowskie ptasie mleczko. Zawiera domieszkę masła kakaowego, które pomaga zmiękczyć i wygładzić usta. Ładnie wygląda na ustach, nadaje im delikatnego, błyszczykowego blasku, nie klei się. Proste rozwiązanie, znane od lat i tanie - właśnie wazelina sprawdza się u mnie najlepiej. Rzadko sięgam już po bardziej wymyślne balsamy i pomadki nawilżające. Nie jestem jednak pewna, czy sprawdziłby się przy bardzo wysuszonych ustach lub podczas ostrej zimy. Na teraz - jak najbardziej. Pojemniczek kosztuje ok. 5zł.

Woda perfumowana Love Potion - Oriflame

To dość nietypowy wybór, ale w tej wodzie da się wyczuć mocną słodycz i błąkającą się gdzieś z tyłu woń czekolady. To właśnie ona, na równi z nietypowym opakowaniem, skusiła mnie do zakupu tego produktu. Poza czekoladą, głównymi nutami zapachowymi tej wody są imbir i biała lilia. Love Potion nie jest dla każdego i raczej nie nadaje się do noszenia na co dzień. Zapach jest bardzo zmysłowy, ciepły i pasuje raczej na wieczorne wyjście lub... do sypialni (jak sama nazwa wskazuje). Butelka o pojemności 50 ml kosztuje w cenie regularnej 119,90 zł. Można jednak zaczekać na promocję lub zamówić ją taniej np. z allegro.

Używałyście któregoś produktu z mojej listy? Jeśli tak, to jak się u was sprawdził? Lubicie takie słodkie zapachy kosmetyków? Jakie są wasze ulubione czekoladowe i kakaowe kosmetyki?