Cześć dziewczyny! Dzisiaj czas na nieco spóźnione wyniki rozdania! Pamiętam o wszystkim! Na początek przypominam, co było do wygrania - zestaw kosmetyków umożliwiający wykonanie jesiennego makijażu! W jego skład wchodzi paleta cieni do powiek Makeup Revolution Iconic 2, kredka do oczu Rimmel w kolorze pure white, brązowy eyeliner w pisaku NYC, pogrubiający, czarny tusz do rzęs Golden Rose. Do tego róż do policzków Makeup Revolution w odcieniu HOT oraz dwie pomadki Manhattan w cudownych kolorach - 25F i 40G.

Maszyna losująca pomogła mi wybrać zwyciężczynię! Tym sposobem zestaw wędruje do Patrycji Malinowskiej! Gratuluję i już wysyłam do maila do zwyciężczyni. Pozostałym bardzo dziękuję za udział! Wyczekujcie też kolejnych konkursów!

Jesienne odświeżenie kosmetyczki - WYNIKI

Cześć dziewczyny! Dzisiaj czas na nieco spóźnione wyniki rozdania! Pamiętam o wszystkim! Na początek przypominam, co było do wygrania - zestaw kosmetyków umożliwiający wykonanie jesiennego makijażu! W jego skład wchodzi paleta cieni do powiek Makeup Revolution Iconic 2, kredka do oczu Rimmel w kolorze pure white, brązowy eyeliner w pisaku NYC, pogrubiający, czarny tusz do rzęs Golden Rose. Do tego róż do policzków Makeup Revolution w odcieniu HOT oraz dwie pomadki Manhattan w cudownych kolorach - 25F i 40G.

Maszyna losująca pomogła mi wybrać zwyciężczynię! Tym sposobem zestaw wędruje do Patrycji Malinowskiej! Gratuluję i już wysyłam do maila do zwyciężczyni. Pozostałym bardzo dziękuję za udział! Wyczekujcie też kolejnych konkursów!

Są takie produkty, których kupno to pomyłka. Są takie, których zastosowanie ogranicza się do jednej, bardzo specyficznej rzeczy. Są też takie, które są uniwersalne, mają dobry skład, a ich działanie jest bez zarzutu. Takie, które na pewno się przydadzą. Takie, które powinny się znaleźć w każdej kosmetyczce.

Takie produkty własnie lubię - takie, które przydadzą się trochę tu, trochę tam. Na dzisiaj przygotowałam wpis o trzech kosmetykach, które posiadają wiele zastosowań. Post jest dość obszerny, ale myślę, że obfitujący w ciekawe sposoby na radzenie sobie z codziennymi, małymi niedogodnościami. Jesteście ciekawe, jakie produkty wybrałam i jakie znalazłam dla nich zastosowania?

Czarne mydło

Czarne mydło (Savon Noir) to naturalne mydło wytwarzane z czarnych oliwek. W sklepach można spotkać wiele wersji tego kosmetyku. Na początek najlepiej sięgać po te najprostsze - im krótszy skład, tym lepiej. Czarne mydło ma bardzo gęstą, plastyczną konsystencję, najczęściej ciemnobrązowy kolor i oliwkowy zapach. W zależności od składników możemy natknąć się na takie o bursztynowej lub nieco zielonkawej barwie. W składzie kosmetyk nie powinien mieć żadnych konserwantów. Taki produkt możemy wykorzystać na wiele sposobów.

Do peelingu ciała: Czarne mydło wykorzystywane jest w rytuale hammam, w części zwanej gomażem. Gomaż ma na celu oczyszczenie skóry i złuszczenie martwego naskórka. Peeling taki wykonuje się nakładając na wybrane partie ciała czarne mydło. Po upływie kilku minut mydło zwilżamy i pocieramy ciało szorstką myjką lub rękawicą. Całość spłukujemy dużą ilością ciepłej wody. W taki sposób oczyszczamy skórę i przygotowujemy ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Taki zabieg bardzo dobrze sprawdza się też w przypadku zrogowaciałych stóp, dłoni i innych części ciała. Warto go też stosować jeśli walczymy z cellulitem.

Demakijaż i pielęgnacja twarzy: Ta opcja jest mniej niezawodna i przed jej zastosowaniem należy rozważyć swój typ cery. Nie polecałabym stosowania go do twarzy przy suchej lub wrażliwej skórze, ponieważ może ją dodatkowo wysuszać lub podrażniać. Fantastycznie sprawdza się przy demakijażu, także tych bardziej opornych produktów jak kremy BB czy minerały (z kremem Missha o którym pisałam tutaj [KLIK] radzi sobie znakomicie). Po użyciu go trzeba jednak pamiętać o toniku, bo mydło pozostawia skórę oczyszczoną, aż skrzypiącą i pozbawioną jej naturalnej ochrony. Jeśli zależy nam na nieco delikatniejszej pielęgnacji,to można wymieszać je z dowolną glinką i użyć jako maseczki. Kiedyś napisałam posta o trzech kosmetykach, które pomogły mi przy przetłuszczającej się cerze [KLIK]. Czarne mydło jest jednym z nich.

Golenie i depilacja: Czarne mydło może nam również znacznie ułatwić golenie lub depilację. Pomoże zmiękczyć włoski i zapewni odpowiedni poślizg dla maszynki do golenia. Polecane jest również (a może zwłaszcza) mężczyznom.

Pielęgnacja włosów i skóry głowy: Ostatni podpunkt wywołuje zawsze chyba najwięcej kontrowersji - o czarnym mydle w pielęgnacji włosów pisała nawet Anwen i nie pozostawiła na nim suchej nitki. Ja jednak bardzo je sobie w tej kategorii cenię. Jak zawsze, nie wszystko ma takie samo działanie u wszystkich i ma na to wpływ wiele czynników - aktualna pielęgnacja, porowatość włosów, ich ilość i grubość. Nie lubię czarnym mydłem myć włosów na całej ich długości, chociaż wiem, że u niektórych dziewczyn się to sprawdza. Nakładam je jednak raz w miesiącu na skórę głowy wykonując swego rodzaju peeling - włosy są po nim uniesione u nasady i mniej się przetłuszczają.

Olejek z drzewa herbacianego

Olejek z drzewa herbacianego pomógł mi w wielu przypadkach i zawsze, po prostu zawsze muszę go mieć w domu, choćby na wszelki wypadek. Jego nazwa nie ma niestety nic wspólnego z herbatą - olejek pochodzi z liści krzewu manuka, występującego w Australii i Nowej Zelandii. Same liście były wykorzystywane przez rdzennych mieszkańców Australii jako okłady na rany oraz do leczenia oparzeń. Olejek manuka (czy zamiennie olejek herbaciany) ma wiele właściwości - działa antyseptycznie, przeciwzapalnie, grzybo- i bakteriobójczo i można znaleźć dla niego wiele zastosowań. Należy jednak postępować z nim ostrożnie, szczególnie jeśli jesteśmy alergikami. Działanie olejku należy testować zawsze w ciągu dnia, nigdy wieczorem. Jeśli nie wiemy, jak na nas działa, nie zostawiamy go na skórze na noc. Szczególną ostrożność należy zachować przy stosowaniu nierozcieńczonego olejku, który przy długim kontakcie może podrażniać i wysuszać. Olejków eterycznych nie powinny też stosować kobiety w ciąży, karmiące piersią i dzieci poniżej trzeciego roku życia. A skoro o stosowaniu mowa, to do czego taki olejek może się przydać?

Przy stanach zapalnych skóry, trądziku, wypryskach: Dzięki swoim właściwościom bakteriobójczym ten olejek już nie raz uratował moją twarz. Dobrze sprawdza się przy losowych, pojedynczych wypryskach. Zazwyczaj daję jedną lub dwie krople olejku na zwilżony wodą patyczek higieniczny lub wacik i wcieram w skórę. Kiedy moja cera strajkuje po całości, mieszam dwie lub trzy krople olejku z kremem lub olejem i nakładam na noc. Fajnie uspokaja skórę i zmniejsza stany zapalne.

Przy lekkim kaszlu, katarze: Olejek z drzewa herbacianego ma szerokie zastosowanie w aromaterapii. Można dodać kilka kropli do ciepłej kąpieli, wlać odrobinę do kominka zapachowego lub przygotować sobie małą inhalację. Olejek nie tylko ma ładny, orzeźwiający zapach, ale również pomaga w walce z zatkanym nosem i bolącymi zatokami.

W domu: W każdym mieszkaniu, które wynajmowałam, zawsze pierwszą rzeczą do zrobienia było czyszczenie pralki. Jaki mam na to sposób? Najlepiej uruchomić ją pustą, ustawić wysoką temperaturę i dodać trochę olejku manuka. Można dodać również kilka kropel (ok. 10) do regularnego prania, jako zamiennik płynu do płukania.

Opryszczka, tzw. zimno: Przy problemach z opryszczką można na zmianę skórną nałożyć odrobinę olejku herbacianego w taki sam sposób jak robimy to przy wypryskach. Dzięki niemu zmiana wysycha, nie jątrzy się i szybciej się goi.

Grzybica stóp i paznokci: Jest to bardzo znana naturalna metoda leczenia grzybicy paznokci. Nierozcieńczony olejek wcieramy w chore okolice, ze szczególnym uwzględnieniem nasady i końca paznokcia. Niestety, leczenie grzybicy to długi i mozolny proces i może ono trwać kilka miesięcy. Z tego powodu właśnie lepiej zapobiegać! Warto np. po wizycie na basenie przygotować sobie kąpiel stóp - do ciepłej wody dodajemy kilka kropli olejku i w tym roztworze moczymy stopy przez około 10 minut. Dziewczyny, które męczyły się z uczuleniem na formaldehyd (np. po odżywce Eveline), również leczyły paznokcie tym produktem.

Ałun

Ałun, inaczej ałun potasowy lub glinowo - potasowy występuje w przyrodzie naturalnie jako minerał. Można kupić go w postaci "sztyftu" lub proszku. Mówi się, że jeden kamyk wystarcza na długie lata. Ałun może być przezroczysty lub biały. Jest kruchy i łatwo rozpuszczalny w wodzie. Ma właściwości bakteriobójcze i ściągające. Do czego można go więc użyć?

Dezodorant: Ałun to naturalny dezodorant - nie mylić z antyperspirantem! Nie blokuje wydzielania potu, ale działa bakteriobójczo; zwalcza bakterie odpowiedzialne za nieprzyjemny zapach. Co ważne, nie pozostawia przebarwień i nie podrażnia delikatnej skóry pod pachami. Jeśli macie problem z nadwrażliwością na antyperspiranty, co objawia się bolącymi kulkami pod pachami (zwiększonymi węzłami chłonnymi) i nie macie alergii na glin, to warto wypróbować własnie ałun. Kolejną jego zaletą jest to, że nie ma zapachu, więc nie trzeba się martwić, że będzie kolidować z zapachem naszych perfum. Można również wykorzystać go do kąpieli stóp, jeśli mamy problem z przykrym zapachem tej części ciała.

Golenie i depilacja: Już nasi dziadkowie znali dobroczynne działanie tego minerału. Ałun fantastycznie tamuje małe krwawienia, dlatego jest świetnym kołem ratunkowym, gdy zatniemy się maszynką. Warto przejechać nim ciało po depilacji, szczególnie w bardziej wrażliwych miejscach, fajnie złagodzi podrażnienia. Co więcej, jeśli mamy ałun w proszku, to można rozpuścić go w wodzie i w takim roztworze zamoczyć maszynkę do golenia. Dzięki temu mamy mniejszą szansę na to, że pojawią się na naszym ciele krostki i bolące stany zapalne.

Ukąszęnia owadów: Latem bywa nieoceniony. Jeśli ugryzie nas Jeśli ugryzie nas... coś, co pozostawi swędzący, palący ślad, warto spróbować delikatnie potrzeć to miejsce ałunem. W przypadku ukąszeń komarów uczucie swędzenia znika po około minucie.


Używałyście któregoś z tych produktów? Macie je w swoich kosmetyczkach? Znalazłyście dla nich jakieś inne zastosowania poza tymi wymienionymi przeze mnie? A może znacie inny kosmetyk, który pasowałby do tej listy?

3 uniwersalne produkty, które warto mieć w kosmetyczce. Zastosowania czarnego mydła, olejku herbacianego i ałunu.

Są takie produkty, których kupno to pomyłka. Są takie, których zastosowanie ogranicza się do jednej, bardzo specyficznej rzeczy. Są też takie, które są uniwersalne, mają dobry skład, a ich działanie jest bez zarzutu. Takie, które na pewno się przydadzą. Takie, które powinny się znaleźć w każdej kosmetyczce.

Takie produkty własnie lubię - takie, które przydadzą się trochę tu, trochę tam. Na dzisiaj przygotowałam wpis o trzech kosmetykach, które posiadają wiele zastosowań. Post jest dość obszerny, ale myślę, że obfitujący w ciekawe sposoby na radzenie sobie z codziennymi, małymi niedogodnościami. Jesteście ciekawe, jakie produkty wybrałam i jakie znalazłam dla nich zastosowania?

Czarne mydło

Czarne mydło (Savon Noir) to naturalne mydło wytwarzane z czarnych oliwek. W sklepach można spotkać wiele wersji tego kosmetyku. Na początek najlepiej sięgać po te najprostsze - im krótszy skład, tym lepiej. Czarne mydło ma bardzo gęstą, plastyczną konsystencję, najczęściej ciemnobrązowy kolor i oliwkowy zapach. W zależności od składników możemy natknąć się na takie o bursztynowej lub nieco zielonkawej barwie. W składzie kosmetyk nie powinien mieć żadnych konserwantów. Taki produkt możemy wykorzystać na wiele sposobów.

Do peelingu ciała: Czarne mydło wykorzystywane jest w rytuale hammam, w części zwanej gomażem. Gomaż ma na celu oczyszczenie skóry i złuszczenie martwego naskórka. Peeling taki wykonuje się nakładając na wybrane partie ciała czarne mydło. Po upływie kilku minut mydło zwilżamy i pocieramy ciało szorstką myjką lub rękawicą. Całość spłukujemy dużą ilością ciepłej wody. W taki sposób oczyszczamy skórę i przygotowujemy ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Taki zabieg bardzo dobrze sprawdza się też w przypadku zrogowaciałych stóp, dłoni i innych części ciała. Warto go też stosować jeśli walczymy z cellulitem.

Demakijaż i pielęgnacja twarzy: Ta opcja jest mniej niezawodna i przed jej zastosowaniem należy rozważyć swój typ cery. Nie polecałabym stosowania go do twarzy przy suchej lub wrażliwej skórze, ponieważ może ją dodatkowo wysuszać lub podrażniać. Fantastycznie sprawdza się przy demakijażu, także tych bardziej opornych produktów jak kremy BB czy minerały (z kremem Missha o którym pisałam tutaj [KLIK] radzi sobie znakomicie). Po użyciu go trzeba jednak pamiętać o toniku, bo mydło pozostawia skórę oczyszczoną, aż skrzypiącą i pozbawioną jej naturalnej ochrony. Jeśli zależy nam na nieco delikatniejszej pielęgnacji,to można wymieszać je z dowolną glinką i użyć jako maseczki. Kiedyś napisałam posta o trzech kosmetykach, które pomogły mi przy przetłuszczającej się cerze [KLIK]. Czarne mydło jest jednym z nich.

Golenie i depilacja: Czarne mydło może nam również znacznie ułatwić golenie lub depilację. Pomoże zmiękczyć włoski i zapewni odpowiedni poślizg dla maszynki do golenia. Polecane jest również (a może zwłaszcza) mężczyznom.

Pielęgnacja włosów i skóry głowy: Ostatni podpunkt wywołuje zawsze chyba najwięcej kontrowersji - o czarnym mydle w pielęgnacji włosów pisała nawet Anwen i nie pozostawiła na nim suchej nitki. Ja jednak bardzo je sobie w tej kategorii cenię. Jak zawsze, nie wszystko ma takie samo działanie u wszystkich i ma na to wpływ wiele czynników - aktualna pielęgnacja, porowatość włosów, ich ilość i grubość. Nie lubię czarnym mydłem myć włosów na całej ich długości, chociaż wiem, że u niektórych dziewczyn się to sprawdza. Nakładam je jednak raz w miesiącu na skórę głowy wykonując swego rodzaju peeling - włosy są po nim uniesione u nasady i mniej się przetłuszczają.

Olejek z drzewa herbacianego

Olejek z drzewa herbacianego pomógł mi w wielu przypadkach i zawsze, po prostu zawsze muszę go mieć w domu, choćby na wszelki wypadek. Jego nazwa nie ma niestety nic wspólnego z herbatą - olejek pochodzi z liści krzewu manuka, występującego w Australii i Nowej Zelandii. Same liście były wykorzystywane przez rdzennych mieszkańców Australii jako okłady na rany oraz do leczenia oparzeń. Olejek manuka (czy zamiennie olejek herbaciany) ma wiele właściwości - działa antyseptycznie, przeciwzapalnie, grzybo- i bakteriobójczo i można znaleźć dla niego wiele zastosowań. Należy jednak postępować z nim ostrożnie, szczególnie jeśli jesteśmy alergikami. Działanie olejku należy testować zawsze w ciągu dnia, nigdy wieczorem. Jeśli nie wiemy, jak na nas działa, nie zostawiamy go na skórze na noc. Szczególną ostrożność należy zachować przy stosowaniu nierozcieńczonego olejku, który przy długim kontakcie może podrażniać i wysuszać. Olejków eterycznych nie powinny też stosować kobiety w ciąży, karmiące piersią i dzieci poniżej trzeciego roku życia. A skoro o stosowaniu mowa, to do czego taki olejek może się przydać?

Przy stanach zapalnych skóry, trądziku, wypryskach: Dzięki swoim właściwościom bakteriobójczym ten olejek już nie raz uratował moją twarz. Dobrze sprawdza się przy losowych, pojedynczych wypryskach. Zazwyczaj daję jedną lub dwie krople olejku na zwilżony wodą patyczek higieniczny lub wacik i wcieram w skórę. Kiedy moja cera strajkuje po całości, mieszam dwie lub trzy krople olejku z kremem lub olejem i nakładam na noc. Fajnie uspokaja skórę i zmniejsza stany zapalne.

Przy lekkim kaszlu, katarze: Olejek z drzewa herbacianego ma szerokie zastosowanie w aromaterapii. Można dodać kilka kropli do ciepłej kąpieli, wlać odrobinę do kominka zapachowego lub przygotować sobie małą inhalację. Olejek nie tylko ma ładny, orzeźwiający zapach, ale również pomaga w walce z zatkanym nosem i bolącymi zatokami.

W domu: W każdym mieszkaniu, które wynajmowałam, zawsze pierwszą rzeczą do zrobienia było czyszczenie pralki. Jaki mam na to sposób? Najlepiej uruchomić ją pustą, ustawić wysoką temperaturę i dodać trochę olejku manuka. Można dodać również kilka kropel (ok. 10) do regularnego prania, jako zamiennik płynu do płukania.

Opryszczka, tzw. zimno: Przy problemach z opryszczką można na zmianę skórną nałożyć odrobinę olejku herbacianego w taki sam sposób jak robimy to przy wypryskach. Dzięki niemu zmiana wysycha, nie jątrzy się i szybciej się goi.

Grzybica stóp i paznokci: Jest to bardzo znana naturalna metoda leczenia grzybicy paznokci. Nierozcieńczony olejek wcieramy w chore okolice, ze szczególnym uwzględnieniem nasady i końca paznokcia. Niestety, leczenie grzybicy to długi i mozolny proces i może ono trwać kilka miesięcy. Z tego powodu właśnie lepiej zapobiegać! Warto np. po wizycie na basenie przygotować sobie kąpiel stóp - do ciepłej wody dodajemy kilka kropli olejku i w tym roztworze moczymy stopy przez około 10 minut. Dziewczyny, które męczyły się z uczuleniem na formaldehyd (np. po odżywce Eveline), również leczyły paznokcie tym produktem.

Ałun

Ałun, inaczej ałun potasowy lub glinowo - potasowy występuje w przyrodzie naturalnie jako minerał. Można kupić go w postaci "sztyftu" lub proszku. Mówi się, że jeden kamyk wystarcza na długie lata. Ałun może być przezroczysty lub biały. Jest kruchy i łatwo rozpuszczalny w wodzie. Ma właściwości bakteriobójcze i ściągające. Do czego można go więc użyć?

Dezodorant: Ałun to naturalny dezodorant - nie mylić z antyperspirantem! Nie blokuje wydzielania potu, ale działa bakteriobójczo; zwalcza bakterie odpowiedzialne za nieprzyjemny zapach. Co ważne, nie pozostawia przebarwień i nie podrażnia delikatnej skóry pod pachami. Jeśli macie problem z nadwrażliwością na antyperspiranty, co objawia się bolącymi kulkami pod pachami (zwiększonymi węzłami chłonnymi) i nie macie alergii na glin, to warto wypróbować własnie ałun. Kolejną jego zaletą jest to, że nie ma zapachu, więc nie trzeba się martwić, że będzie kolidować z zapachem naszych perfum. Można również wykorzystać go do kąpieli stóp, jeśli mamy problem z przykrym zapachem tej części ciała.

Golenie i depilacja: Już nasi dziadkowie znali dobroczynne działanie tego minerału. Ałun fantastycznie tamuje małe krwawienia, dlatego jest świetnym kołem ratunkowym, gdy zatniemy się maszynką. Warto przejechać nim ciało po depilacji, szczególnie w bardziej wrażliwych miejscach, fajnie złagodzi podrażnienia. Co więcej, jeśli mamy ałun w proszku, to można rozpuścić go w wodzie i w takim roztworze zamoczyć maszynkę do golenia. Dzięki temu mamy mniejszą szansę na to, że pojawią się na naszym ciele krostki i bolące stany zapalne.

Ukąszęnia owadów: Latem bywa nieoceniony. Jeśli ugryzie nas Jeśli ugryzie nas... coś, co pozostawi swędzący, palący ślad, warto spróbować delikatnie potrzeć to miejsce ałunem. W przypadku ukąszeń komarów uczucie swędzenia znika po około minucie.


Używałyście któregoś z tych produktów? Macie je w swoich kosmetyczkach? Znalazłyście dla nich jakieś inne zastosowania poza tymi wymienionymi przeze mnie? A może znacie inny kosmetyk, który pasowałby do tej listy?

Kiedy za oknem jest już częściej deszczowo niż słonecznie, porzucam moje ulubione jaskrawe lakiery i neony na rzecz nieco bardziej stonowanych barw. Tak samo jak mój letni makijaż różni się od jesiennego i zimowego, tak i na paznokciach goszczą u mnie zupełnie inne lakiery. Przede wszystkim stawiam na kolory niezbyt nasycone, a dokładniej takie, jakie pokażę wam w dzisiejszym poście.

Emalii Golden Rose z serii Rich Color nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Są to moim zdaniem jedne z najlepszych lakierów, na jakie można wydać pieniądze. Wybór kolorów jest przeogromny i każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Emalie są dość gęste i w przypadku niektórych z nich wystarczy pokrycie paznokcia jedną warstwą. Dwie, cienkie, dają jednak dużo ładniejszy, głęboki kolor, bez prześwitów. Lakiery wysychają bardzo szybko, szczególnie w połączeniu z moim ulubionym Insta-Dri od Sally Hansen - niemal od razu po pomalowaniu można wykonywać wszystkie czynności, nie zważając na odgniecenia. Mają szeroki, gruby pędzelek, bardzo wygodny w użyciu. Trwałość będzie się różnić w zależności od rodzaju płytki paznokcia i innych czynników, ale u mnie wytrzymują około tygodnia. Cena jednej buteleczki to 6,90 zł.

Kolory, które wybrałam, to dla mnie kwintesencja jesieni - deszczu, ale i słońca, opadających liści i porannej mgły. Takie własnie barwy pasują moim zdaniem do ciepłych szali, kurtek, płaszczy i botków, a ja czuję się w nich najlepiej. Pierwszy lakier to ciemna, ciepła czerwień - numer 28. Drugi, to chłodny, stalowy szary, który w odpowiednim świetle wygląda, jakby miał w sobie fioletowe tony - numer 102. Trzeci, to chabrowy wymieszany z granatem, taka jego stonowana wersja - numer 16. Ostatni to bardzo ciemna śliwka, numer 27, który na paznokciach wygląda niemal jak czerń, ale w bezpośrednim świetle pokazuje swój fioletowy pigment.

A Wy jakie kolory na paznokciach najczęściej nosicie jesienią? Jakie barwy lakierów uznałybyście za typowo jesienne?

Golden Rose Rich Color - 4 lakiery, 4 kolory. Odcienie idealne na jesień. Numery 16, 27, 28, 102.

Kiedy za oknem jest już częściej deszczowo niż słonecznie, porzucam moje ulubione jaskrawe lakiery i neony na rzecz nieco bardziej stonowanych barw. Tak samo jak mój letni makijaż różni się od jesiennego i zimowego, tak i na paznokciach goszczą u mnie zupełnie inne lakiery. Przede wszystkim stawiam na kolory niezbyt nasycone, a dokładniej takie, jakie pokażę wam w dzisiejszym poście.

Emalii Golden Rose z serii Rich Color nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Są to moim zdaniem jedne z najlepszych lakierów, na jakie można wydać pieniądze. Wybór kolorów jest przeogromny i każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Emalie są dość gęste i w przypadku niektórych z nich wystarczy pokrycie paznokcia jedną warstwą. Dwie, cienkie, dają jednak dużo ładniejszy, głęboki kolor, bez prześwitów. Lakiery wysychają bardzo szybko, szczególnie w połączeniu z moim ulubionym Insta-Dri od Sally Hansen - niemal od razu po pomalowaniu można wykonywać wszystkie czynności, nie zważając na odgniecenia. Mają szeroki, gruby pędzelek, bardzo wygodny w użyciu. Trwałość będzie się różnić w zależności od rodzaju płytki paznokcia i innych czynników, ale u mnie wytrzymują około tygodnia. Cena jednej buteleczki to 6,90 zł.

Kolory, które wybrałam, to dla mnie kwintesencja jesieni - deszczu, ale i słońca, opadających liści i porannej mgły. Takie własnie barwy pasują moim zdaniem do ciepłych szali, kurtek, płaszczy i botków, a ja czuję się w nich najlepiej. Pierwszy lakier to ciemna, ciepła czerwień - numer 28. Drugi, to chłodny, stalowy szary, który w odpowiednim świetle wygląda, jakby miał w sobie fioletowe tony - numer 102. Trzeci, to chabrowy wymieszany z granatem, taka jego stonowana wersja - numer 16. Ostatni to bardzo ciemna śliwka, numer 27, który na paznokciach wygląda niemal jak czerń, ale w bezpośrednim świetle pokazuje swój fioletowy pigment.

A Wy jakie kolory na paznokciach najczęściej nosicie jesienią? Jakie barwy lakierów uznałybyście za typowo jesienne?

O azjatyckich kremach BB nasłuchałam się wiele. Głównie były to jednak dobre rzeczy. O kosmetyku od Misshy, o którym będę dzisiaj pisać, czytałam szczególnie pozytywne opinie. Bazując na nich, zamówiłam go przed wyjazdem na wakacje. Bez żadnych próbek, opierając się tylko na swatchach znalezionych w grafice Google i opiniach na Wizażu. Po prostu założyłam, że się spisze i będzie mi dobrze służyć.

Produkt kupiłam na stronie internetowej polskiego dystrybutora Missha. Mimo wszystko nie poszłam tak całkiem na żywioł, bo zamówiłam mniejsze opakowanie - 20ml. Zapłaciłam za nie 28,70zł. Większa wersja tego produktu,o pojemności 50ml kosztuje 59,90zł. Odcień, który wybrałam dla siebie to nr 27 noszący nazwę Honey Beige. Jest to ciepły brąz, który dość ładnie wygląda na oliwkowej skórze. Krem w tym kolorze jest dość ciemny, przeznaczony do śniadych i bardziej opalonych karnacji.

Krem nadkładam palcami, ponieważ wtedy moim zdaniem najlepiej wygląda na skórze. Można go oczywiście aplikować pędzlem lub wilgotną gąbeczką. Należy jednak pamiętać, żeby go nie rozsmarowywać, a delikatnie wklepywać - makijaż wtedy lepiej stapia się ze skórą i jest trwalszy. Krem cudownie wygładza twarz i daje ładne, świetliste wykończenie. Skóra nim pokryta wygląda zdrowo. Dodatkowo, jeśli dobrze dopasujemy odcień i nie przesadzimy z ilością kosmetyku, wygląda bardzo naturalnie. Krycie kremu można stopniować do średniego - nie przykryjemy nim całkowicie większych zmian trądzikowych czy przebarwień. Jego zaletą jest to, że te dodatkowe warstwy się nie rolują, nie tworzą łat, a ładnie się na siebie nakładają i blendują. Podczas wyjazdu używałam właściwie tylko tego produktu. Ładnie wyrównuje koloryt cery. Jego dużą zaletą jest też to, że posiada wysoki filtr SPF42. Gdybym miała pakować kosmetyczkę kolejny raz, zrezygnowałabym całkiem z korektora i wzięłabym tylko ten kosmetyk.

Na zdjęciach (nie były retuszowane) możecie zobaczyć jak wygląda moja twarz bez makijażu oraz z jedną warstwą kremu BB. Nakładałam go na krem do twarzy. Nie używałam pudru. Moja cera nie jest w najgorszym stanie, ale można zauważyć, gdzie mam jakieś tam niedoskonałości; jedna, cienka warstwa produktu nie przykrywa ich w 100%, ale sprawia, że nie rzucają się tak bardzo w oczy.

Niestety jestem posiadaczką cery tłustej, ale ten krem nie dał mi tego tak bardzo odczuć. Jeśli wasza skóra się nie przetłuszcza, to myślę, że możecie całkowicie zrezygnować z utrwalania makijażu pudrem. Mnie trochę było szkoda niszczyć i zmatowić efekt, który daje ten krem. Nadal, produkt utrzymywał się u mnie około 8 godzin bez poprawek i bez tego, więc uważam to za bardzo dobry wynik. Kremu używam także teraz, codziennie, przynajmniej dopóki nie zejdzie mi wakacyjna opalenizna. W warunkach biurowych również sprawdza się świetnie. Do pokrycia twarzy wystarczy niewielka ilość kremu, ok. ziarenka grochu.

Wadą tego produktu może być to, że wymaga mocnego demakijażu. Często wchodzi mocno w pory i ciężko go domyć, dlatego najlepiej sięgnąć tu po czarne mydło lub olej. Mimo to jest naprawdę bardzo dobry i rozumiem, dlaczego został okrzyknięty Kosmetykiem Wszech Czasów. Na pewno kupię kolejne opakowanie. Następnym razem będzie to raczej jaśniejszy odcień, który będzie mi pasować, kiedy moja opalenizna zamieni się tą od monitora.

Lubicie azjatyckie kosmetyki? Używałyście kremu BB Missha? Możecie polecić jakieś inne produkty tego typu?

BB Missha - Perfect Cover BB Cream NO.27. Jak się u mnie sprawdził? Krycie, trwałość, odcień.

O azjatyckich kremach BB nasłuchałam się wiele. Głównie były to jednak dobre rzeczy. O kosmetyku od Misshy, o którym będę dzisiaj pisać, czytałam szczególnie pozytywne opinie. Bazując na nich, zamówiłam go przed wyjazdem na wakacje. Bez żadnych próbek, opierając się tylko na swatchach znalezionych w grafice Google i opiniach na Wizażu. Po prostu założyłam, że się spisze i będzie mi dobrze służyć.

Produkt kupiłam na stronie internetowej polskiego dystrybutora Missha. Mimo wszystko nie poszłam tak całkiem na żywioł, bo zamówiłam mniejsze opakowanie - 20ml. Zapłaciłam za nie 28,70zł. Większa wersja tego produktu,o pojemności 50ml kosztuje 59,90zł. Odcień, który wybrałam dla siebie to nr 27 noszący nazwę Honey Beige. Jest to ciepły brąz, który dość ładnie wygląda na oliwkowej skórze. Krem w tym kolorze jest dość ciemny, przeznaczony do śniadych i bardziej opalonych karnacji.

Krem nadkładam palcami, ponieważ wtedy moim zdaniem najlepiej wygląda na skórze. Można go oczywiście aplikować pędzlem lub wilgotną gąbeczką. Należy jednak pamiętać, żeby go nie rozsmarowywać, a delikatnie wklepywać - makijaż wtedy lepiej stapia się ze skórą i jest trwalszy. Krem cudownie wygładza twarz i daje ładne, świetliste wykończenie. Skóra nim pokryta wygląda zdrowo. Dodatkowo, jeśli dobrze dopasujemy odcień i nie przesadzimy z ilością kosmetyku, wygląda bardzo naturalnie. Krycie kremu można stopniować do średniego - nie przykryjemy nim całkowicie większych zmian trądzikowych czy przebarwień. Jego zaletą jest to, że te dodatkowe warstwy się nie rolują, nie tworzą łat, a ładnie się na siebie nakładają i blendują. Podczas wyjazdu używałam właściwie tylko tego produktu. Ładnie wyrównuje koloryt cery. Jego dużą zaletą jest też to, że posiada wysoki filtr SPF42. Gdybym miała pakować kosmetyczkę kolejny raz, zrezygnowałabym całkiem z korektora i wzięłabym tylko ten kosmetyk.

Na zdjęciach (nie były retuszowane) możecie zobaczyć jak wygląda moja twarz bez makijażu oraz z jedną warstwą kremu BB. Nakładałam go na krem do twarzy. Nie używałam pudru. Moja cera nie jest w najgorszym stanie, ale można zauważyć, gdzie mam jakieś tam niedoskonałości; jedna, cienka warstwa produktu nie przykrywa ich w 100%, ale sprawia, że nie rzucają się tak bardzo w oczy.

Niestety jestem posiadaczką cery tłustej, ale ten krem nie dał mi tego tak bardzo odczuć. Jeśli wasza skóra się nie przetłuszcza, to myślę, że możecie całkowicie zrezygnować z utrwalania makijażu pudrem. Mnie trochę było szkoda niszczyć i zmatowić efekt, który daje ten krem. Nadal, produkt utrzymywał się u mnie około 8 godzin bez poprawek i bez tego, więc uważam to za bardzo dobry wynik. Kremu używam także teraz, codziennie, przynajmniej dopóki nie zejdzie mi wakacyjna opalenizna. W warunkach biurowych również sprawdza się świetnie. Do pokrycia twarzy wystarczy niewielka ilość kremu, ok. ziarenka grochu.

Wadą tego produktu może być to, że wymaga mocnego demakijażu. Często wchodzi mocno w pory i ciężko go domyć, dlatego najlepiej sięgnąć tu po czarne mydło lub olej. Mimo to jest naprawdę bardzo dobry i rozumiem, dlaczego został okrzyknięty Kosmetykiem Wszech Czasów. Na pewno kupię kolejne opakowanie. Następnym razem będzie to raczej jaśniejszy odcień, który będzie mi pasować, kiedy moja opalenizna zamieni się tą od monitora.

Lubicie azjatyckie kosmetyki? Używałyście kremu BB Missha? Możecie polecić jakieś inne produkty tego typu?

Przez Internet czasem przetaczają się fale postów, zdjęć i inspiracji związanych ze świeżymi trendami. Nieważne, czy to nowe sposoby makijażu, zdobienia paznokci, czy pielęgnacji, zawsze jest wiele dziewczyn chętnych do spróbowania czegoś nowego. W końcu i mnie udało się załapać na udział w czymś fajnym. Mowa o spiralnym eyelinerze, który podbił serca dziewczyn na całym świecie, w tym i moje!

Nie jestem do końca pewna, kto jest pomysłodawcą tego typu eyelinera, ale obstawiam, że to glowawaymeg, którą można znaleźć na Twitterze i Instagramie. O co w ogóle chodzi? To proste - do zwykłej kreski, którą nosimy na co dzień (no, może trochę dłuższej), dodajemy drugą. Musi ona być odpowiednio narysowana, w taki sposób, żeby sprawiać wrażenie zakręconej sprężynki. Może być przedłużeniem akcentu na dolnej powiece, wtapiać się w makijaż lub przyciągać do siebie całą uwagę. Ja postawiłam na tę pierwszą wersję, ale jej delikatną odsłonę. Jesteście ciekawe, jak to u mnie wygląda?

Do wykonania tego makijażu użyłam cieni z paletek Makeup Revolution - Stripped & Bare i Sleek - Au Naturel. Powiekę od łuku brwiowego do załapania pokrywam kremowym, matowym cieniem (Layers z MUR). Na ruchomą powiekę nałożyłam matowy, brązowy cień (Get Loose z MUR nieco przyciemniłam Barkiem ze Sleek). Cienie w załamaniu powieki roztarłam używając ciepłego brązu (Stripped All Day z MUR). Następnie narysowałam dłuuugą i cienką kreskę. Do tego celu wybrałam zielony, matowy eyeliner od Lovely. Dalej kolejno dodawałam części spiralki, zaczynając od rzęs w zewnętrznym kąciku oka, używając pięknego linera Oriflame Very Me w odcieniu Copper. Jeśli boicie się, że nie wystarczy wam miejsca na powiece, możecie narysować trzy kreski na eyelinerze i później dodawać "zakręty". Na końcu dodajemy ogonek naszej spirali. Dolną powiekę podkreśliłam tym samym linerem, którego użyłam do namalowania sprężynki. Roztarłam go delikatnie używając brązowego cienia, który nakładałam na ruchomą powiekę (Get Loose z MUR). Na koniec lekko podkreśliłam górną linię wodną czarną kredką, wytuszowałam rzęsy i dokleiłam kępki sztucznych. Gotowe!

Koncept jest bardzo prosty, a do wykonania tego makijażu nie potrzeba też zbyt wielu produktów ani pędzli. Wystarczy sięgnąć po eyeliner i malować! Nie zapomnijcie tylko najpierw uzbroić się w cierpliwość. I mimo wszystko, zabawa zabawą, ale to najlepsza szkoła obsługi eyelinera jaką można sobie wymyślić. Tak że co? Pędzelki w dłoń?

Jak wam się podoba ten trend? Próbowałyście już wykonywać taki makijaż?

Spiralna kreska. Tutorial krok po kroku. | Helix eyeliner. A step by step tutorial.

Przez Internet czasem przetaczają się fale postów, zdjęć i inspiracji związanych ze świeżymi trendami. Nieważne, czy to nowe sposoby makijażu, zdobienia paznokci, czy pielęgnacji, zawsze jest wiele dziewczyn chętnych do spróbowania czegoś nowego. W końcu i mnie udało się załapać na udział w czymś fajnym. Mowa o spiralnym eyelinerze, który podbił serca dziewczyn na całym świecie, w tym i moje!

Nie jestem do końca pewna, kto jest pomysłodawcą tego typu eyelinera, ale obstawiam, że to glowawaymeg, którą można znaleźć na Twitterze i Instagramie. O co w ogóle chodzi? To proste - do zwykłej kreski, którą nosimy na co dzień (no, może trochę dłuższej), dodajemy drugą. Musi ona być odpowiednio narysowana, w taki sposób, żeby sprawiać wrażenie zakręconej sprężynki. Może być przedłużeniem akcentu na dolnej powiece, wtapiać się w makijaż lub przyciągać do siebie całą uwagę. Ja postawiłam na tę pierwszą wersję, ale jej delikatną odsłonę. Jesteście ciekawe, jak to u mnie wygląda?

Do wykonania tego makijażu użyłam cieni z paletek Makeup Revolution - Stripped & Bare i Sleek - Au Naturel. Powiekę od łuku brwiowego do załapania pokrywam kremowym, matowym cieniem (Layers z MUR). Na ruchomą powiekę nałożyłam matowy, brązowy cień (Get Loose z MUR nieco przyciemniłam Barkiem ze Sleek). Cienie w załamaniu powieki roztarłam używając ciepłego brązu (Stripped All Day z MUR). Następnie narysowałam dłuuugą i cienką kreskę. Do tego celu wybrałam zielony, matowy eyeliner od Lovely. Dalej kolejno dodawałam części spiralki, zaczynając od rzęs w zewnętrznym kąciku oka, używając pięknego linera Oriflame Very Me w odcieniu Copper. Jeśli boicie się, że nie wystarczy wam miejsca na powiece, możecie narysować trzy kreski na eyelinerze i później dodawać "zakręty". Na końcu dodajemy ogonek naszej spirali. Dolną powiekę podkreśliłam tym samym linerem, którego użyłam do namalowania sprężynki. Roztarłam go delikatnie używając brązowego cienia, który nakładałam na ruchomą powiekę (Get Loose z MUR). Na koniec lekko podkreśliłam górną linię wodną czarną kredką, wytuszowałam rzęsy i dokleiłam kępki sztucznych. Gotowe!

Koncept jest bardzo prosty, a do wykonania tego makijażu nie potrzeba też zbyt wielu produktów ani pędzli. Wystarczy sięgnąć po eyeliner i malować! Nie zapomnijcie tylko najpierw uzbroić się w cierpliwość. I mimo wszystko, zabawa zabawą, ale to najlepsza szkoła obsługi eyelinera jaką można sobie wymyślić. Tak że co? Pędzelki w dłoń?

Jak wam się podoba ten trend? Próbowałyście już wykonywać taki makijaż?

W czasie wakacji wszystkie kolorowe szminki omijałam szerokim łukiem. O ile czasem, wieczorem zdarzyło mi się użyć jakiejś lekkiej pomadki lub tintu, to z matu na ustach zrezygnowałam całkowicie. Teraz, kiedy nadchodzi jesień, wyciągam z szuflady moje trzy ulubione matowe pomadki. Dzisiaj pokazuję Wam właśnie je - trzy szminki w pięknych, dość standardowych kolorach - numery 02, 12 i 20 od Golden Rose.

Matowe pomadki w płynie zyskały taką popularność, że niemal wszystkie inne produkty do ust usunęły się w cień. Niestety, taki specyficzny efekt całkowitego matu, jaki dają te produkty, nie do końca każdemu pasuje. Ponieważ wydaje mi się, że jestem jedną z tych osób, pozostaję na razie wierna sprawdzonym szminkom i eksperymenty z nowymi formułami ciągle odkładam na później. Póki co najbardziej lubię tradycyjne pomadki, ale już nie te błyszczące, ze shimmerem czy brokatem, których jeszcze nie tak dawno było wszędzie pełno. Velvet Matte Lipstick od Golden Rose dają ładne wykończenie, chociaż nie powiedziałabym, że jest ono w stu procentach matowe. Nie zauważyłam, żeby jakoś znacząco wysuszały usta, nawet przy codziennym stosowaniu, ale przynajmniej dwa razy dziennie używam balsamu, co może mieć na to wpływ. Pomadki są bardzo miękkie i kremowe, dobrze się rozprowadzają, a kolor równo rozkłada się na wargach, nie smużąc. Schodzą z ust równomiernie i nie sprawiają problemu przy poprawkach. No i świetnie wyglądają!

Kolory, które mam są nieco przybrudzone - takie odcienie zazwyczaj dobrze wyglądają na skórze o oliwkowych tonach. I tak - 02 to jasny, brudny róż, który najlepiej się prezentował, kiedy nie miałam ani grama opalenizny. Drugi, 12, to nieco intensywniejszy róż z niewielką domieszką pomarańczu. Ostatni, 20, to ciepła czerwień, zbliżona odcieniem do wina. Pomadki można kupić na stronie Golden Rose, w wielu internetowych drogeriach i stacjonarnie. Cena jednej to ok. 10zł. Jak dla mnie taka cena za tę jakość to bardzo dobry deal.

Lubicie matowe pomadki? Sięgacie po produkty do ust w płynie, czy tradycyjne szminki? Używałyście Golden Rose Velvet Matte Lipstick? Który kolor najbardziej wam się podoba?

Golden Rose Velvet Matte Lipstick - matowe pomadki do ust. Numery 02, 12 i 20.

W czasie wakacji wszystkie kolorowe szminki omijałam szerokim łukiem. O ile czasem, wieczorem zdarzyło mi się użyć jakiejś lekkiej pomadki lub tintu, to z matu na ustach zrezygnowałam całkowicie. Teraz, kiedy nadchodzi jesień, wyciągam z szuflady moje trzy ulubione matowe pomadki. Dzisiaj pokazuję Wam właśnie je - trzy szminki w pięknych, dość standardowych kolorach - numery 02, 12 i 20 od Golden Rose.

Matowe pomadki w płynie zyskały taką popularność, że niemal wszystkie inne produkty do ust usunęły się w cień. Niestety, taki specyficzny efekt całkowitego matu, jaki dają te produkty, nie do końca każdemu pasuje. Ponieważ wydaje mi się, że jestem jedną z tych osób, pozostaję na razie wierna sprawdzonym szminkom i eksperymenty z nowymi formułami ciągle odkładam na później. Póki co najbardziej lubię tradycyjne pomadki, ale już nie te błyszczące, ze shimmerem czy brokatem, których jeszcze nie tak dawno było wszędzie pełno. Velvet Matte Lipstick od Golden Rose dają ładne wykończenie, chociaż nie powiedziałabym, że jest ono w stu procentach matowe. Nie zauważyłam, żeby jakoś znacząco wysuszały usta, nawet przy codziennym stosowaniu, ale przynajmniej dwa razy dziennie używam balsamu, co może mieć na to wpływ. Pomadki są bardzo miękkie i kremowe, dobrze się rozprowadzają, a kolor równo rozkłada się na wargach, nie smużąc. Schodzą z ust równomiernie i nie sprawiają problemu przy poprawkach. No i świetnie wyglądają!

Kolory, które mam są nieco przybrudzone - takie odcienie zazwyczaj dobrze wyglądają na skórze o oliwkowych tonach. I tak - 02 to jasny, brudny róż, który najlepiej się prezentował, kiedy nie miałam ani grama opalenizny. Drugi, 12, to nieco intensywniejszy róż z niewielką domieszką pomarańczu. Ostatni, 20, to ciepła czerwień, zbliżona odcieniem do wina. Pomadki można kupić na stronie Golden Rose, w wielu internetowych drogeriach i stacjonarnie. Cena jednej to ok. 10zł. Jak dla mnie taka cena za tę jakość to bardzo dobry deal.

Lubicie matowe pomadki? Sięgacie po produkty do ust w płynie, czy tradycyjne szminki? Używałyście Golden Rose Velvet Matte Lipstick? Który kolor najbardziej wam się podoba?