Dr.Nona - face milk

Dzisiaj... hmmm, dziwna recenzja. Jej przedmiotem jest produkt drogi, pięknie wyglądający, dobrze reklamowany i taki, z którym wiązałam duże nadzieje. Właściwie sama nie wiem czemu.


Mowa o oczyszczającym mleczku do twarzy od Dr. Nona przeznaczonym dla każdego rodzaju cery. Kosmetyki tej marki mają wspólny składnik - minerały z Morza Martwego. Jak możemy przeczytać na stronie internetowej firmy (gdzie notabene na głównej cytują George'a Carlina) ich produkty mobilizują wewnętrzne rezerwy organizmu do walki z chorobą i uruchamiają drzemiący w nim naturalny, awaryjny mechanizm obronny. Ogólnie ceny do niskich nie należą, czego przykładem może być właśnie to mleczko - 250ml kosztuje 95zł. Opakowanie jest bardzo fajnym rozwiązaniem - wygodny dozownik, duża pojemność, praktyczne zamykanie i pewność, że zużyjemy produkt do końca. Całość okraszona przyjemnym, kremowym zapachem. Kosmetyk ma szerokie zastosowanie - można używać go jako mleczka, produktu do demakijażu, kremu (dla cery suchej), balsamu do ciała czy jako zastępstwo oliwki w pielęgnacji niemowląt.


Mleczko dostałam na spotkaniu blogerek. Pamiętam, że jego skład czytałam wtedy chyba cztery czy pięć razy pod rząd. Nie wiem, czy to przez emocje, zmęczenie czy bujanie w obłokach - jak się później okazało, nie dotarło do mnie NIC. Kiedy przeanalizowałam skład jeszcze raz, już w domu, palnęłam się w łeb - parafina i mirystynian izopropylu... Gały widziały co brały, ale ja nie ogarnęłam. Postanowiłam jednak być ponad to, zwłaszcza, że producent tego kosmetyku zapewnia, że ten - tu cytat - likwiduje wągry. Zresztą co mi szkodzi. Stosowałam go tak, jak jest to zalecane - używając wacika przecierałam nim twarz lub wmasowywałam go w wilgotną skórę i spłukiwałam ciepłą wodą. Czasem krem zastępowałam małą kroplą tego mleczka. Okazał się bardzo wydajny. Często zmywałam nim makijaż oczu, bo radził sobie z tym bardzo dobrze, nie podrażniając przy tym delikatnej skóry.


Mojej mamie, która ma cerę suchą i dojrzałą mleczko bardzo przypadło do gustu. Zauważyła, że dobrze nawilża skórę i daje uczucie miękkiej i gładkiej skóry. Dzięki niemu nie odczuwała też potrzeby stosowania kremu. Który jej zdaniem daje dokładnie taki sam rezultat.

Jeśli zaś chodzi o mnie i moją tłustą cerę... Nie wiem, jak to poprawnie i obrazowo ująć w słowa. Dzięki temu mleczku moje pory zapchały się bardziej niż Polacy w te święta. Bardziej niż pociąg w piątkowy wieczór i tramwaj o 8 rano. Bardziej niż krakowskie ulice w godzinach szczytu. Bardziej niż stoisko mięsne w Carrefourze, gdy jest promocja na schab. Mniej więcej wiecie już jak bardzo. Wyglądam jak liść paproci obsypany zarodnikami. Nie zauważyłam rozjaśnienia blizn, szybszego gojenia się ranek, zmniejszenia ilości wyprysków czy przyrostu wewnętrznej energii mobilizującej do czegokolwiek... nic poza nawilżeniem.


Po trzech tygodniach poddałam się i oddałam mleczko mamie na własność. Chciałam napisać, że po raz kolejny sprawdza się powiedzenie - jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego... ale cóż... może nie jest dokładnie tak. W końcu jedna osoba na pewno jest zadowolona.
~ Natalia

Zobacz też: