Podkręcający tusz do rzęs L'Ambre

Dzisiaj mam dla was recenzję kosmetyku, który zapewne kupiłoby bardzo niewiele. Jeszcze mniej by się pewnie przyznało do tego zakupu. Ponieważ lubię wypróbowywać nowe tusze do rzęs, jakiś czas temu w mojej kosmetyczce pojawił się nowy kosmetyk - podkręcający produkt od L'ambre.


Jeżeli chodzi o samą firmę, to miałam okazję recenzować oliwkowy krem na dzień od nich właśnie [KLIK]. Niestety sprawdził się fatalnie, mimo to nie zraziłam się do producenta. Tusz skusił mnie na allegro swoją BARDZO niską ceną (1,90zł) i znajomą marką, więc dorzuciłam go do koszyka przy okazji większych zakupów. Te niecałe dwa złote trochę mnie później zmartwiły - w końcu jak to możliwe, żeby tusz kosztował tak niewiele? A opakowanie? A wkład? A szczotka? A produkcja? Czyżby zrobiony był z ołowiu, a ja umrę na raka rzęs? Właściwie nie wiem, bo na opakowaniu nie ma żadnej informacji o składzie. Ba, o dacie przydatności do użycia również. Ani tu, ani na stronie producenta.


Moje pierwsze wrażenie było bardzo złe. Tusz był tępy i suchy, a szczoteczka należała do tych z tradycyjnym włosiem. Dodatkowo była wygięta. Kompletnie nie umiałam się nią posługiwać, bo od czasu mojego pierwszego tuszu od Oriflame (Wonder Lash! <3) używałam jedynie silikonowych szczoteczek. Tutaj tusz zostawał na niej, w ogóle nie przechodząc na rzęsy. No cóż, zła na siebie nie byłam, bo kosztował grosze. Tylko, że czekoladę mogłam mieć za te pieniądze.


Po dwóch dniach tusz zachował się zupełnie inaczej niż połowa produktów tego typu kupowanych w Rossmannie. Zamiast zamienić się w kamień, on się... rozrzedził? Nie wiem, po prostu przyjął konsystencję najnormalniejszego tuszu do rzęs. Dało się nim malować i okazało się, ze jest całkiem przyzwoity. Nie kruszy się wcale, nawet po całodziennym noszeniu i nieuważnym przecieraniu twarzy ręką. Zmywa się bezproblemowo, a na rzęsach niemal go nie czuć. Nie ma się jednak co dziwić, w końcu efekt jest nijaki. Mam mało jasnych, krótkich rzęs, które raczej potrzebują czegoś lepszego niż to. Włoski były jedynie bardziej odbite od nasady, aż pokazywała się całą górna linia wodna - dziwacznie to wyglądało. Łatwo było też rzęsy posklejać, co potęgowało efekt żenady. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć efekt, jaki daje ten tusz. Na pierwszym zdjęciu od góry - rzęsy solo, na dwóch pozostałych są pomalowane.


Po ten tusz nie sięgnę ponownie, mimo dobrej trwałości, ponieważ efekt końcowy mi nie odpowiada. Co więcej, raczej nie mam do tego kosmetyku zaufania.

Jaki tusz do rzęs jest waszym ulubionym? Wolicie tradycyjne, czy silikonowe szczoteczki? A może używałyście tuszu od L'ambre?
~ Natalia

Zobacz też: